Młot Na Czarownice

22.06.2015

Młot Na Czarownice

Jacob Sprenger, Henryk Kraemer

przełożył Stanisław Ząbkowic

Wydawnictwo XXL, 2008, Wrocław

oprac. Joanna Paprocka

molot maleficarum

O tym, że inkwizycja straszna była wie każdy z nas. O tym, że w wymyślny sposób usunięto ze świata żywych setki i tysiące niewinnych istnień ad maiorem dei gloriam także wiemy. Na to jak została ukształtowana nasza wiedza w tym temacie wpływ przemożny mają przede wszystkim opracowania naukowe, artykuły, programy. Te zaś nierzadko powstają karmiąc się sensacyjnością samego tematu i wkładaniem kija w rozdwojoną chrześcijańską jaźń. Czy opisywany tu przekład przekładu excerptu z oryginalnego Malleus Maleficarum nie wyrósł na podobnym gruncie? Warto się zastanowić. Czy dzięki jego lekturze nasza próba pojęcia moralności około-średniowiecznej będzie bardziej owocna, w momencie gdy jesteśmy ograniczeni jedynie do pisemek czy sensacyjniaków ze srebrnego ekranu? Zdecydowanie będzie.

Książką zainteresowałem się przede wszystkim ze względu na rewelacyjny film (Häxan, B. Christiansen, 1922), który już niemal sto lat temu zdiagnozował i rozliczył takich piewców zabobonu jakimi byli Sprenger i Kraemer – autorzy „Młota…”. Kto wie czy nie rozliczył ich już dużo wcześniej sam kościół, który niedługo po publikacji „Malleus…” wciągnął go na listę książek zakazanych. Nie ulega jednak wątpliwości, że nie uczynił tego ze względów moralnych, ile raczej, żeby przytemperować niebezpieczne fascynacje braciszków. Film Christiansena (kadr po prawej, w roli diabła reżyser), choć niemy, stara się dzięki definicji pewnych poglądów z dziedziny psychologii, naświetlić tematykę latarnią dzierżoną przez filantropa i humanistę.haxan Ta idea przyświecała również każdym kolejnym komentatorom tematu, którzy zarazem coraz bardziej fetyszyzowali i demonizowali „Malleus…”. Zasadniczo jednak, podobnie jak w przypadku innej niesławnej pozycji – „Mein Kampf” Hitlera, ten pozornie obrazoburczy tekst okazuje się raczej niezborną gmatwaniną myśli i anegdot. Obie prace oczywiście w rękach nieodpowiednich ludzi były formowane w broń o niszczycielskiej sile rażenia, jednakowoż w podobny sposób mogą  zostać (i bądź co bądź, były) wykorzystane Biblia czy Koran, a przecież nikt nie odbiera im prawa do istnienia. Tak jak „Mein Kampf” nie jest decyzją o ostatecznym rozwiązaniu kwestii żydowskiej, tak „Młot na czarownice” nie jest podręcznikiem do eksterminacji potencjalnych czarownic. Jeśli już rozpatrywać go w kategoriach katalogowych, mieściłby się na półce z książkami pomagającymi wykrywać złe moce. Regał – ezoteryczne. Przyznać by nawet można, że samo dzieło jest dosyć poczciwe i rubasznie – makabryczne (sic! Skojarzenie – Opowieści Kanterberyjskie). O egzekucjach wspomina się jakby mimochodem, o torturach prawie w ogóle. Z zabawnych w sumie dykteryjek można by wywnioskować, że właściwie każdy jest narażony na działanie złych mocy. Zwłaszcza, że te działają niejako za pozwoleniem (a może z inspiracji) Boga. Zapętlenie się w wykładni teologicznej pozwala szatana widzieć w postaci albo wykonawcy woli bożej, albo boskiego adwersarza. Czarownice zaś prezentuje się jako: z jednej strony zepsute i złe do szpiku kości, z innej jako bezwolne kukły posłuszne w diabelskich szponach. To ta dualistyczna i niespójna wizja świata była zapewne głównym powodem, przez który już w średniowieczu wciągnięto „Młot…” na indeks niedozwolonych publikacji.

Świat widziany oczami dominikanów – autorów, był miejscem ze wszech miar narażonym na działanie złych mocy i nawet leżenie plackiem w kościele i tłuczenie zdrowasiek nie mogło stanowić wystarczającej zapory przed pokusami. Człowiek zasadniczo był winny jedynie tego, że nie był dosyć silny by się im oprzeć. Tylko tyle i aż tyle, przynajmniej jeżeli mówimy o łagodniejszej wykładni książki (po lewej karta z francuskiego wydania z 1510 roku).pagina malleus 1510 ed Ponura prawda skazywała na stos i silnych ludzi, którzy nigdy nie uwłaczali moralności swych czasów. W końcu winny mógł być każdy. Wystarczyła jedynie szczypta podejrzeń, garść zawiści i gorzki kielich insynuacji. Trochę jak podczas wielkiej stalinowskiej czystki w latach trzydziestych dwudziestego wieku (vide np „Stroma Ściana” E. Ginzburg). Tak samo społeczne męty pod płaszczykiem świętości wygrywały swe anielskie tryumfy, gwałcąc mniszki w zakonach. Przecież zawsze można było winę zwalić na polimorficznego „diaska” czy „latawca”. Ciekawe, że każda z anegdotek przytaczanych przez dobrodusznych ojczulków wybrzmiewa niczym najprawdziwsza prawda, a żadne cudactwo nie jest na tyle absurdalne by zrezygnować z jego opisu. I przekonany jestem, że mało który z ówczesnych słuchaczy powątpiewał w nie choć przez sekundę. Ba, prędzej zwątpiliby w prawomyślność swoich małżonków niż np. w wiedźmy o  aparycji kotów. Można założyć wręcz, że umysłowość pogańskich Rzymian była dalece mniej pogańska w kwestii pojmowania otaczającego nas świata. To jest doprawdy ciekawa konstatacja, lecz postrzeganie poprzez nią ogółu średniowiecznego (i późniejszego) społeczeństwa jest też dalece idącym uproszczeniem. Wiadomym jest że ludzkie życie było w tamtych czasach dużo mniej warte. Ciągły widok trupów na ulicach, wysoka umieralność dzieci, zarazy, brak higieny. Stąd też brało się beznamiętne podejście do karania podejrzanych. Człowiek niczym nie różnił się w swej istocie od psa. Pies gdy stawał się niebezpieczny dla otoczenia był po prostu zabijany. Był zabijany też w wielu innych sytuacjach. Po prostu. „Przyznała się”, „została spalona”, koniec. Sarkać możemy na taki stan rzeczy, ale nawet współczesny motłoch w swych masowych zachowaniach zdaje się być nie do opanowania i nie mówię tu tylko o społecznościach preindustrialnych takich jak w filmie Biały Cień (N. Deshe, 2013).  Taka tłuszcza od elit intelektualnych swych czasów często odbiega o całe eony „jednostek” świadomości. Gorzej, że przeważnie wiodącą ideologię dla motłochu kreowali ludzie ze wspomnianych elit. Skojarzenia z współczesnością są oczywiste…

Krótko na temat treści. Tym co wykraczało po za możliwość pojęcia większości dosyć prymitywnych ludzi tamtych czasów były nie tylko zjawiska atmosferyczne czy domniemane cuda, lecz również te elementy, które wchodziły w skład tzw. sfery wewnętrznej – własne odczucia, seksualność – zwłaszcza kobieca, problemy natury psychologicznej. Zawsze zaś co jest niejasne – budzi strach i niechęć. Pierwsze czynniki są zewnętrznymi, oczywistymi emanacjami tych drugich. Zewnętrznymi skutkami. Tak jak zdechnięcie krowy było skutkiem zakopania jakichś przeklętych artefaktów pod progiem obory. Springer i Kraemer wpierw zamierzali zdemaskować czarownice (takim sposobem buły np. ordalia – sąd wody, po prawej) i pokazać ich, oraz ich przełożonych – diabłów, sposoby działania, następnie zamierzali opisać sposoby obrony przed skutkami magii. Ordealofwater XVIITak to powinno wyglądać w założeniu. Finalnie struktura książki jest raczej niejednorodna i chaotyczna. Podobna tematyka poruszana jest właściwie w każdym rozdziale, a dydaktyczne opowiastki nie zawsze pasują do tez stawianych przez autorów. Czy jest to wynik skrótów poczynionych względem oryginału? Jeśli nawet, to tylko w pewnym stopniu. Ogólnie treść ujmując – diabeł przeciąga na swą stronę, kusi zarówno mężczyzn jak i kobiety, a najlepszym nań remedium będzie święty. Gotowanie dzieci, dojenie krów na odległość, metempsychoza, podrzucanie bastardów, zsyłanie gradu, profanacje, zamknięcie ścieżki nasieniu mężczyzny w ciele kobiety, powodowanie poronień, pozorna/realna przemiana w zwierzę, choroby, judzenie, a nawet ubijanie masła z wody to niektóre ze specjalności XV-wiecznych czarownic i czarowników. Oprócz świętego – lekarstwem na czary może być modlitwa, pokuta, egzorcyzmy, zmuszenie czarownicy do odmówienia zaklęcia, pozbycie się skażonych przedmiotów , a nawet kontr-magia innej czarownicy (!). Autorzy doprawdy lubują się w wypunktowywaniu i klasyfikowaniu, a wymienianie wszystkich elementów (zdarzeń, czynników) zdaje się nie mieć końca.

Jeszcze ostatnia kwestia. Można wyczuć mianowicie, że mniszkowie opisując sytuacje kontaktu z siłami nieczystymi i podając przykłady, czuli niezdrowe podniecenie, które starali się załatać dodatkową porcją uświęcających porad. Mam wrażenie, że podobnie jest i z dzisiejszą recepcją tematu. Pogadanki i utyskiwanie „na te niedobre czasy” są przykrywką do kociołka z perwersjami. Chwytliwością sprawy kierowali się zapewne również wydawcy omawianej wersji „Młota…”, uwspółcześniając język XVII-wiecznej polskiej prozy „mistycznej” z pod znaku ks. Baki. Osobiście nie miałbym nic przeciwko by pomęczyć się ze staropolską składnią czy słownictwem, ale dla masowego odbiorcy byłoby to nie do przejścia, zwłaszcza że sama treść zawiera mało kontrowersyjnych smaczków. No może po za rozdziałami o odbieraniu mężczyźnie przyrodzenia przez diabła czy o stosunkach latawców z czarownicami. Dorzucono więc dodatkowo np. wstęp J. Szafińskiego, w którym przytaczane są protokoły przesłuchań czarownic, przykłady ordaliów czy cennik katowski. Książka choć jest ładnie wydana: okładka stylizowana jest na polski (XVII-wieczny) oryginał tłumaczenia, a tekst pięknie obramowany i zaprezentowany w ciekawej czcionce, po wnikliwszej analizie razi sporą ilością literówek, czy niepotrzebnym wydłużaniem zawartości. Ot fajny lecz pobieżny rzut oka na średniowiecze.

 

Reklamy

Informacje o librumlegens

librum.legens@gmail.com
Ten wpis został opublikowany w kategorii Kulturoznawstwo, Mediewalia, Nauka, Religioznawstwo. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s