Magdalena Grzebałkowska: Beksińscy Portret Podwójny

30.10.2016

Magdalena Grzebałkowska: Beksińscy Portret Podwójny

Wyd. Znak, Kraków 2014

beks

O biografii Beksińskich można spokojnie napisać: biografia totalna. Czego tu nie ma? Wspomnienia przyjaciół, znajomych i nieznajomych? Są. Transkrypcje nagrań? Są. Listy? Są. Cytaty, zdjęcia? Są. Fragmenty pamiętników? Wywiadów. Komunikaty prasowe, komunikaty rządowe? Wszystko jest. Autorka książki włożyła niesamowitą pracę w odkrycie tych wszystkich źródeł, przekopanie się przez góry materiału literackiego i fonograficznego, skontaktowanie się ze wszystkimi osobami, które mogły zetknąć się z Beksińskimi na różnych etapach ich życia, w przeciągu siedemdziesięciu pięciu lat z okładem lat. Autorka ukryła się za górą materiałów biograficznych pozwalając im mówić za siebie. Dobrała i skomponowała te materiały według własnego uznania. Opatrzyła je komentarzem, a raczej posłowiem. Wreszcie złączyła je tkanką – dziennikarskim miąższem. Książka „Beksińscy, Portret Podwójny” stała się całością, jednością, faktem.

Od czego by tu zacząć? Od samych Beksińskich? Może od doboru źródeł (i kontrowersji?), a może od struktury książki? Kontrowersję zostawię sobie na koniec. Zatem najpierw naczynie, potem dusza. Ale wpierw… Po okładce przyszło nam oceniać! Tytuł „Beksińscy…” i zdjęcie: Tomasza i Zbigniewa, opartych o siebie plecami, uświadamiają nas kogo i co czytać będziemy w chwili, gdy nieledwie jesteśmy w decyzyjnych powijakach. Gdy nasze palce jeszcze niepewnie błądzą po załomach oprawy. Zbigniew i Tomasz – tak właściwie powinienem był napisać; w takiej kolejności przychodzili na świat i w takiej kolejności zostali wprowadzeni na karty książki. Grzebałkowska zaczyna od ground zero. Sanok, dom, narodziny, rodzina. Zbigniew – przyszły malarz. Tło rodzinne zarysowane – niezbyt głęboko. Już po pierwszych kilku stronach wiemy na kim będzie się koncentrowała uwaga autorki. Następnie po przedstawieniu bohatera, a właściwie lat jego młodości, bieg narracji wchodzi na tory zgodności chronologicznej, ale działającą w wydaniu „linearno-nielinearnym”. Gdy bohater (któryś z bohaterów) spotyka na swej drodze postacie dlań ważne często cofamy się w przeszłość, następnie nieraz wybiegniemy w przyszłość ich dalszej relacji. W przyszłość kursujemy również, gdy Grzebałkowska będzie chciała zamknąć jakąś kapsułę konceptu, która ze względów chronologicznych znalazła się w tym, a nie innym miejscu (kapsuła taka zawiera się zazwyczaj w rozdziale opatrzonym adekwatnym tytułem). Dzieje się tak przede wszystkim w momentach, gdy biografie Tomka i Zbigniewa Beksińskich mają największą dynamikę. Nierzadko jako sui generis podsumowanie, dobiegają głosy tych którzy po latach; z perspektywy naszej spokojnej teraźniejszości – drugiego dziesięciolecia XXI wieku, zerkają za siebie i przez mgłę nostalgii to wspominają, to komentują, to kreują. Grzebałkowska obserwuje zachowanie rozmówców, streszcza swoje wrażenia w krótkich anegdotkach. Układ jest przejrzysty, kompozycja prosta, ale urozmaicona. Jedne kapsuły składają się niemal z samych listów. Inne to na przykład usystematyzowane podług mniemania autorki cytaty. W tym miejscu mała uwaga.tbeks Z kart książki dowiemy się (o tym również później) o z lekka neurotycznej postawie młodego Beksińskiego. Grzebałkowska w pewnym miejscu postanowiła te obsesje podsumować robiąc coś w stylu: top ten rzeczy których Tomek nienawidził (Tomek – Nosferatu, po lewej stronie). Trochę to razi tanim szukaniem wrażeń, prostotą rozwiązań. Oczywiście cały rozdział składa się z cytatów; myśli często głoszonych publicznie przez radiowca… No ale taka zbitka ma ni mniej, ni więcej tylko zszokować. Tak, żebyśmy sobie pomyśleli: „Łe, ale z tego Tomka świr i malkontent. Cisnął po Polsacie!”. Nie sądzę, żeby coś takiego było potrzebne zwłaszcza mając na uwadze, że część z tych informacji przewijała się już we wcześniejszych rozdziałach. Krótko w tym miejscu wspomnę, iż książka jest rewelacyjne wyedytowana, zawiera mnóstwo zdjęć oraz dwie wkładki z reprodukcjami dzieł Mistrze Beksińskiego. Zdjęcia dokumentujące codzienność rodziny zostały umieszczone w odpowiednich, korespondujących z tekstem miejscach. Całość jest bardzo przejrzysta. Dobór tekstu, o czym już wyżej wspomniałem, jest dobry, a długość cytatów i innych materiałów nie męczy i pozwala zaangażować się w pełni w lekturę. Autorka nie grzęźnie w dygresjach. Z rzadka zdarzyło jej się wyemigrować na tematyczne peryferia (np. rozdział LSD).

Czas na meritum, czyli co nieco mojej opinii na temat bohaterów: Zbigniewa, Tomka oraz …Zofii – żony i matki lub cienia całej rodziny – jak kto woli. Zapewne wszyscy (zainteresowani) wiedzą już wszystko, co można wiedzieć o Beksińskich. Zapewne nie bez znacznego udziału recenzowanej tutaj książki. Chwała zatem autorce, że przywróciła do życia pamięć o tej familii. Każdy niewątpliwie wyrobił sobie o rodzinie zdanie (z pewnością nie opierając się tylko i jedynie na wiedzy z „Portretu podwójnego”). Człowiek spotkany gdzieś na ulicy, zorientowany nieledwie w temacie, wypowie się: Beksińscy byli tacy, a tacy. Jeden krzyknie: świry! Inny: normalni ludzie! Prawda oczywiście, jak zawsze, oscyluje w okolicy środka (ten dysonans poznawczy świetnie reprezentuje film J. Matuszyńskiego „Ostatnia rodzina”, kadr poniżej). I ja, podobnie jak większość „zainteresowanych”, wykreowałem sobie jakąś wizję tej rodziny, ale może nie będę konkretnie się do tego wyobrażenia odnosił, ile raczej zaznaczę dlaczego Beksińscy zdali mi się bliscy. Na jakiej płaszczyźnie znalazłem z nimi duchowe porozumienie.ost-ro Mam też cichą nadzieje, że mój obraz Beksińskich nie został w zbyt dużym stopniu „zmanipulowany” przez autorkę. Starałem się największą uwagę przykładać do tego co bohaterowie sami o sobie mówili, bądź też jak postrzegali otaczającą ich rzeczywistość. I choć przez wielu ich stosunek do świata mógłby zostać określony jako ekscentryczny, mnie osobiście wydał się niezwykle bliski. Rzecz jasna, gdy mówię tu o ojcu i synu, traktuję ich jako osobne podmioty, lecz u każdego z nich znajduję te nici bliskości i porozumienia. Tomek jest mi bliższy pod względem zainteresowań i „różnicy pokoleniowej”. Introwertyczny ekstrawertyk, kinofil, audiofil, współczesny Drakula, który przeżył wszystko co mógł (w tym własne śmierci) i zrozumiał wystarczająco dużo, by nie chcieć dłużej egzystować na naszym ziemskim padole. Postać można by rzec romantyczna. Urzekła mnie jego mroczna melancholia, skrywana emocjonalność, psyche uwięziona w trybach machiny stworzonej przez obcą mu cywilizację. Mogę to napisać będąc nie tylko pod wrażeniem książki, ale również programów radiowych dostępnych do odsłuchu w internecie; chociażby Romantyków Muzyki Rockowej czy Trójki pod Księżycem. A teraz mały twist. Mianowicie ciekawym jest jak melodia istnienia syna zestrajała się z malarstwem ojca. Tak jakby zmaltretowane, stłamszone i pogniecione mgliste żywiny z obrazów ekranowały na Tomka. Jakby wił się pod ich nieustępliwą infra-presją. No ale to już jest taka moja interpretacja. Tymczasem Zbigniew Beksiński to człowiek wielu talentów: architekt, projektant wizjoner, fotograf i oczywiście malarz artysta. Tylko na pozór diametralnie różnił się od syna, świat jego przeżyć wewnętrznych, jak wskazują na to pamiętniki był tak samo bogaty i niejednorodny. Jednocześnie pozostawał osobą ciepłą, z wiekiem coraz bardziej szukającą kontaktu, i nigdy nie przestał być mizantropem. Jego sardoniczny sposób bycia, ironiczne „mrugnięcia okiem”, były raczej pozą mającą ukryć jego strach przed światem. Strach niemal biologiczny. W tym momencie zauważyłem kolejną nić zrozumienia pomiędzy pokoleniami, pomiędzy ojcem i synem: o ile jednak Zbigniew reagował irytacją, bądź łagodną odrazą na wszelkie ingerencje rzeczywistości w życie, o tyle Tomek popadał w ekspresyjną (lub autodestrukcyjną) agresję. Zaznaczam jeszcze raz, że moja interpretacja może nosić zasadniczo podtytuł „wydaje się że byli/są mi bliscy pod tym a tym względem”. Nie mogę w pełni orzec jacy byli. Może jedynie „czytam ich” jakimś swoim kluczem? W kluczu tym jest jednak miejsce i na zrozumienie żalu, czy bólu istnienia młodszego z Beksińskich i na zadumę nad niesłabnącą ciekawością rzeczy u głowy rodziny. Nie muszą chyba pisać jak bardzo zafascynowało mnie malarstwo Zbigniewa Beksińskiego (na zdjęciu poniżej).Zdzislaw Beksinski Nawet mimo faktu, iż nie potrafię go w żaden sposób sklasyfikować czy zinterpretować (sam artysta nie umiał, bądź nie chciał). Jeszcze na koniec jestem zobligowany dać wyraz swemu podziwowi dla tego jak, wbrew przeciwnościom i oporom wszelkiej maści, ludzie pokładający wielką wiarę w swą „wizję istnienia”, potrafią dopiąć swego. Innymi słowy – nie klepią życia po ramieniu, biernie podążając wytyczonymi torami. Odwrotnie – rzucając wszystko na jedną kartę, chwytają za pędzel, aparat czy mikrofon i podbijają świat. Z drugiej strony, nie ulega chyba żadnej wątpliwości, ze w życiu prywatnym, domowym zarówno Tomek jak i Zbigniew przejawiali co najmniej toksyczne skłonności. W tym środowisku wzajemnego żerowania na sobie, mogła odnaleźć się jedynie osobą o doprawdy kompromisowym, a może nawet o ofiarnym charakterze. Takie cechy reprezentowała Zofia prawdziwy duch święty dla ojca, syna i pozostałych również wymagających domowników (babcie). Pani Beksińska sprawnie poruszała się w chmurze introwertycznego, maniakalnego egoizmu Zbigniewa i w mroku destrukcyjnego egoizmu syna. Jednocześnie walczyła i dbała o jedność rodziny nawet, jeśli wiązałoby się to z wyrzeczeniami bądź, działaniami za plecami męża. Niewiele wymagała i niewiele otrzymywała w zamian za swoje poświęcenie. Wśród postaci, które przewinęły się przez życie pochodzących z Sanoka bohaterów, niewątpliwie najbardziej wyróżnił się Piotr Dmochowski (który również zagarnął dla siebie parę rozdziałów książki): marszand i promotor twórczości Zbigniewa. Postać niewątpliwie dominująca nad nieasertywnym artystą – połączyła ich quasi-więź typu hass-liebe i bezwzględna umowa handlowa. Pasjonat, ale też gracz rynkowy, który, choć nie zawsze z korzyścią dla siebie, zawsze (niemal) potrafił dopiąć upragnionego celu. Dodałem to niewinne „niemal” w nawiasie, ponieważ jednym z celi Dmochowskiego było podporządkowanie sobie artysty malarza na tyle, by malował obrazy „na zamówienie”. Malowanie Beksińskiego było jednak czymś innym. Czymś co wymykało się wszelkim kalkulacjom. Było Sztuką. Jest Sztuką.

zbp

Jeszcze parę zdań na temat książki jako takiej. A właściwie to na temat metody pracy Grzebałkowskiej. Czyli trochę o wspomnianej „kontrowersji”. Chyba z największymi zastrzeżeniami krytyków (np Weiss z „Teraz Rock”, autor kontr-biografii Tomka ) spotkała się metoda komponowania materiałów źródłowych przez autorkę i taki ich dobór by przedstawiały bohaterów w niekorzystnym świetle, ergo tak by czytelnikowi łaknącemu sensacji zdali się jakimś kuriozum. Taka argumentacja nie jest w mojej opinii rzetelną. Jednocześnie nie mogę, do pewnego stopnia, całkiem zanegować tego wnioskowania. Przede wszystkim to źródła mówią same za siebie. Świadkowie reprezentują poniekąd ugruntowany (przez lata) punkt widzenia, lecz ten Grzebałkowska często też kontrapunktuje relacją innego komentatora. Nie ma mowy o jakiejś mistyfikacji. Nikt jak dotąd nie skarżył się na cytowanie jego opinii „po za kontekstem”. Że autorka wykorzystuje dość dramatyczną tkankę do lepienia swojego opus? No cóż, w biografiach też powinny się czasem znaleźć jakieś punkty podgrzewające atencję, tak by czytelnik nie popadł w letarg. A i Beksińscy; i młodszy; i zwłaszcza starszy zdawali sobie sprawa z jawności swojego życia w przestrzeni publicznej. Wcale nie ukrywali swoich zachowań przed obiektywami (też własnej) kamery, nie robili tajemnicy ze swoich problemów (patrz np. Wywiady z Tomkiem w tv/teraz w youtube, autobiograficzne wycieczki w artykułach prasowych, domowe nagrania audio i wideo Zbigniewa). Co mnie jedynie bardziej zmartwiło, to takie zestawienie ze sobą pewnych źródeł w „Portrecie…”, ażeby zmaksymalizować wrażenie i uatrakcyjnić „na siłę” lekturę, o czym wspomniałem już wyżej. Na szukanie sensacji zakrawa też wydłubywanie łóżkowych historii bohaterów. Naturalniej i grzeczniej byłoby pozostawić ich wypowiedzi, odnoszące się do tego tematu, w pewnym zawieszeniu, nie drążyć „na siłę” wchodząc im z kamerą do alkowy…

Osobiście, mimo pewnych zażaleń, gorąco polecam lekturę książki jak również własne, pogłębione poszukiwania wiadomości na temat Beksińskich oraz zainteresowanie się ich twórczością (to w szczególności!). Bez wątpienia, ani książka ani tym bardziej film (fabuła w końcu „tylko” wzorowana na faktach) nie pokażą swoich bohaterów w pełnym wymiarze – 360º. Dowiadując się więcej o Beksińskich oddamy im pewien hołd i przyczynimy się również do tego, by pamieć o ich dziełach nie zatarła się. Nie dotyczy to tylko obrazów Zbigniewa, ale również nagrań, czy tłumaczeń Tomka. W pewien sposób będziemy mogli także spojrzeć w swoje wnętrza. Wnętrze rodzinne – to które ma wiele oblicz. Wnętrze „wewnętrzne” – być może bardzo mroczne, może niekonsekwentne, wzburzone. Z pewnością – nieodgadnione.

Reklamy

Informacje o librumlegens

librum.legens@gmail.com
Ten wpis został opublikowany w kategorii Biografia, Literatura współczesna., Reportaż. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s