P. Frankowski, W. Rajchert: Sztuczki Survivalowe

08.01.2017

Paweł Frankowski, Witold Rajchert: Sztuczki Survivalowe

Książka, Która Uratuje Twoje Zdrowie, A Nawet Życie

Pascal, 2016, Bielsko Biała

sztu-surv

Ciężko mi ocenić tę pozycję, w pierwszym rzędzie ze względu na to, iż nie jestem survivalowcem i nigdy nie miałem do czynienia z obozami przetrwania czy sytuacjami wymagającymi zastosowania konkretnych technik. Napiszę zatem czego w „Sztuczkach…” szukałem i jaki jest mój prywatny odbiór tej książeczki, a następnie odniosę się w paru słowach do tego jaki oddźwięk wywołała ona u ludzi bardziej zaznajomionych z tematyką. Wcześniej jeszcze chciałbym napomknąć, iż również pewna niezborność tematyczna i stylistyczna sprawia, iż sam nie wiem jak mam ustosunkować się do lektury. Zacznijmy zatem od krótkiego omówienia treści oraz wspomnianych wyżej niespójności.

Autorzy książeczki kilkukrotnie przypominają złotą piramidę przetrwania. Bezpieczeństwo – schronienie – woda – zdrowie – sygnalizacja – ogień – jedzenie. Tak samo wygląda układ rozdziałów w książce, z tym, że pierwszy rozdział – „Bezpieczeństwo” został połączony z sygnalizacją. Pierwszy rozdział to jest też tematyczny miszmasz: tu parę słów o ataku psiej sfory, tu zaraz o przedostawaniu się przez rzekę, za chwilę, dla odmiany, o tym jak ketchup może uratować życie… Można odnieść wrażenie, że autorzy na podstawie szybkiej burzy mózgów wrzucili do worka najbardziej intrygujące pomysły. Nigdzie nie znalazłem informacji na temat „jak odnaleźć się w lesie” – zamiast tego przez dwie strony czytam opisy chowania ważnych dokumentów w domu. Autorzy równie często odjeżdżają w tematy z pogranicza sci-fi – np. w podrozdziale – „Jak walczyć z plagą zombie” czy popadają w dziwny fatalizm:

"Podczas wojny twoje szanse na przeżycie są niewielkie, zwłaszcza
jeśli pozostaniesz w obrębie atakowanego miasta. Silne trzęsienia
ziemi, wybuch gazu, powódź, a także wtargnięcie uzbrojonych
napastników mogą spowodować, że będziesz zmuszony do ucieczki z 
domu (...)"

I ok, rozumiem jeszcze, że walka z zombie jest humorystyczną paralelą do znalezienia się w sytuacji zagrożenia spowodowanego przez globalną zarazę, ale czy wiąże się to z survivalem? Tak samo chowanie dokumentów w nogach od stołu… Może być też tak, że mylę survival z bushcraftem, bo zawsze wyobrażałem sobie sytuacje z tej pierwszej dziedziny jako te, w których jesteśmy skazani na samych siebie przebywając w warunkach „naturalnych”, bez mieszania w to wszystko political fiction, a tym bardziej sci-fi. Może jest to z mojej strony nietrafiony zarzut, ale sądzę, że wskazuje on na niespójność tematyczną tej niewielkiej książeczki. Jeżeli ma ona być rodzajem przewodnika po ekstremalnych sytuacjach, to raczej powinna być przydatna w momencie gdy rzeczywiście znajdziemy się sam na sam z naturą (jak bohaterowie Captain Fantastic, M. Ross, 2016; screen po prawej).capt-fant Podczas ataku terrorystycznego, porwania czy nagłego ataku wrogich wojsk nikt nie będzie jej wertował w celu znalezienia porady! W związku z tym rozdzialiki na te tematy, są według mnie zbędne (mimo iż momentami intrygują). Dobrym podsumowaniem książki (a właściwie jej początku) jest wspomniany podrozdział o ketchupie, który z jednej strony jest ciekawy, bo kto by wiedział, że przyjaciel kanapki może łagodzić ugryzienia owadów? Z drugiej strony znajdziemy takie banały jak: posmaruj się ketchupem w przypadku strzelaniny… Yyy, serio? Z trzeciej zaś strony ma się wrażenie, że ktoś zebrał wszystkie możliwe informacje o ketchupie i wrzucił je tu jak leci. A czemu nie ma zastosowań bitej śmietany w sprayu? Powyższy opis ketchupu został „ot tak” umieszczony między instrukcją uwalniania się z opaski zaciskowej, a informacją o tym na którym piętrze powinniśmy czuć się najbezpieczniej (od razu odpowiem – na żadnym). Podsumowując, przynajmniej pierwszy rozdział – informacje ciekawe pomieszane zostały z oczywistymi oczywistościami, tematy zmieniają się jak w kalejdoskopie, niektóre są tylko muśnięte, inne zbyt rozwleczone, a wszystko to podlane jest fatalistycznym sosem. Na szczęście kolejne bloki tematyczne są już zdecydowanie bardziej konkretne i skupione na swojej materii, chociaż autorzy nigdy nie porzucili praktyki miksowania pożytecznych wiadomości z truizmami.

Przechodząc do pozytywów… Początkowo miałem za złe autorom, że pośród innych truizmów po wielokroć klepali mantry brzmiące: stań – pomyśl – nie panikuj – działaj i tym podobne. Z drugiej strony… Jeżeli ta książka miała by nam towarzyszyć w ekstremalnej sytuacji, to właśnie takie proste, pogrubione hasła, będą pierwszym co wpadnie nam w oko i dotrze do naszej świadomości. Mogą nam przynieść swego rodzaju oczyszczające otrzeźwienie, tak ważne w chwili, gdy to sekundy decydują o naszym przetrwać lub nie-przetrwać. Zanim wypunktuję ciekawostki, które najbardziej mnie zainteresowały, wspomnę jeszcze o inteligentnym humorze twórców, którzy nie bali się skrytykować hollywoodzkich bajek, przemądrzałych bywalców kursów survivalowych albo samego Beara Gryllsa, który ponoć wciąż ciska nożem prosto w glebę. Hmm, to już ja wiedziałem za dzieciaka, że w ten sposób szybciej zużywa się ostrze… Wymienię teraz garść wiadomości, które szczególnie do mnie trafiły, a z których istnienia nie zdawałem sobie sprawy, albo też nie brałem ich nigdy pod uwagę jako kluczowych w sytuacjach survivalowych:

zombie-attack

  • Kto z was wiedział, że jak już pić roztopiony śnieg to, aby dostarczyć organizmowi składników mineralnych, warto dodać doń igieł np. sosny?
  • Albo, że warto mieć ze sobą zapasową prezerwatywę – chociażby do noszenia w niej wody :)
  • Żeby nie pić krwi – bo ta zawiera chlorek sodowy czyli sól. No chyba że mowa o krwi żółwia.
  • A wiedzieliście, że węgiel zwłaszcza z wierzby białej to skuteczne antidotum na zatrucia? Natomiast mleko nie jest żadnym antidotum – co gorsza może spowodować pogorszenie sytuacji zwłaszcza przy zatruciu detergentami.
  • A może myślicie, że watro przemywać rany spirytusem? Otóż nie – doprowadza on do powiększenia uszkodzeń i denaturyzacji białek. Lepiej zastosować węgiel leczniczy albo pajęczynę jak za dawnych czasów.
  • Kondukcja, konwekcja, radiacja… to terminy związane z wychłodzeniem organizmu – warto je sobie przypomnieć.
  • Jak zrobić ognisko warstwowe? Co to jest Nodia? A co to Dakota Hole? To są wiadomości szczególnie istotne dla przetrwania po za cywilizacją.
  • Znajdziemy też objaśnienie takich terminów jak liofilizacja czy informację na temat jak samemu zrobić jerky, oraz które żołędzie czy rośliny pozwolą nam zaspokoić głód.
  • Wiedzieliście, że para myszy rocznie może urodzić 4000 młodych a we Wrocławiu żyje ponad 2 miliony szczurów?
  • Zaskoczyła mnie totalnie prosta informacja, że w przypadku kryzysu żywnościowego na świecie warto hodować we własnym ogródku nieznane nikomu rośliny jadalne jak na przykład topinambur. Wygłodniali grasanci nie będą ich podkradać, bo roślin które będą uważać za ozdobne nie potraktują jak możliwych do zjedzenia.
  • Wiesz, że możesz oszukać głód wąchając cytryny lub grejpfruty? Albo iglaki?paracord-aa
  • Jak samemu zrobić kompas, a jak nóż? I dlaczego linka z paracordu (po prawej) jest ważna w naszym zestawie EDC Gear? Podobnie folia NRC.
  • Że dobrze jest mięć system regionalnego ostrzegania w telefonie.
  • A karimatę w plecaku rozwiniętą (stały problem pakowania plecaka rozwiązany…)

 

Powyższe informacje dla ludzi zaprawionych w survivalu mogą wydawać się oczywiste, dla mnie jednak były albo zaskakujące albo pożyteczne, a muszę przyznać że to tylko niewielki wycinek z tego co zaznaczyłem sobie w książce. Zaznaczyłem również ustępy, które zdały mi się tak totalnie oczywiste, że aż śmieszne. Wysikaj się przed spaniem… Schronienie chroni przed warunkami atmosferycznymi i intruzami… Serio? Trzeba było to pisać? Ok. Nie będę już się wyżywał na truizmach, bo mam zamiar skrytykować jeszcze kilka innych kwestii. Chyba tym co mnie zmartwiło najbardziej w przypadku „Sztuczek Survivalowych” jest jakość książki – zasadniczo mierna. W sytuacji ekstremalnej ta książka nie posłuży nawet za rozpałkę, bo wcześniej się rozleci, a jej kartki ulecą z północnym wiatrem. Jest co prawda leciutka i niewielka, ale również kiepsko klejona i „tanio” wydana. Sytuacji nie ratują pseudo-gadżety – lusterko, czy soczewka. Nie uważam za potrzebne by umieszczać tak rozbudowany słownik na końcu tego dziełka. Jeżeli chciałbym sobie sprawdzić jak nazywa się wariant kolorystyczny kamuflażu wojsk brytyjskich to sięgam po pozycje dotyczącą wojskowości. Podobnie rzecz ma się z FSR czy MRE… Dla dociekliwych – są to racje żywnościowe wojsk amerykańskich. W jednym z dalszych rozdziałów przeprowadzona jest mała reklama firm produkujących noże survivalowe. Trochę mnie to zdziwiło, bo do tego momentu nie spotkałem się podczas lektury z taką niepotrzebną wyliczanką marek. I co na to producenci plecaków? To zresztą szerszy problem dotyczący tej książki – czyli duże przeskoki między konkretem, a ogółem. Popatrzmy nań od strony zdrowotnej – cała strona poświęcona została na ocenę typów moczu, ale jeżeli idzie o kał, autorzy napisali coś w stylu: jeżeli z kałem jest coś nie w porządku, to wiedz, że coś się dzieje (trzy kropki). Ostatni mój wyrzut dotyczy czegoś co z początku mi się spodobało czyli tego, że autor zwraca się do czytelnika w pierwszej osobie. Na przykład opowiada o własnych doświadczeniach z obozów survivalowych. No tak… tylko autorów jest dwóch – i nie wiadomo, który za co odpowiadał podczas tworzenia tej książeczki i który z nich, w takim wypadku, był na rzeczonych wyżej obozach?

buszkraft

To tyle moich komentarzy na temat tej fajnej, jakby nie było, książeczki. Teraz jeszcze dodam kilka słów od osób, które siedzą rzeczywiście „w temacie” i mogły w jakiś sposób doświadczyć omawianych sytuacji. I tak już w pierwszym komentarzu dowiedziałem się, że oprócz soczewki, pozostałe „gadżety” w omawianym toolboku są średnio przydatne. Natomiast co do treści: jest rzetelna, ale niezbyt obszerna, a informacje są podane w przystępny sposób. Chwalona jest też ta część, którą ja sam początkowo skrytykowałem czyli treści dotyczące survivalu miejskiego a contrario do przeżycia w głuszy. W kolejnych komentarzach kolejni recenzenci piszą dobrze o formacie „Sztuczek…”, krytykują natomiast zbytnią zwięzłość lub zdawkowość informacji. To przypomniało mi również jedną kwestię, o której sam zapomniałem napisać – jak się nie jest człowiekiem technicznie uzdolnionym, to w żaden sposób nie wydedukuje się z książki jak rozpalić ognisko za pomocą baterii czy akumulatora, albo jak naładować smartfon za pomocą lampki ogrodowej. Pewni recenzenci skrytykowali też opisane metody wtapiania się w tłum w mieście. Powodują one według nich to, że człowiek będzie się raczej wyróżniał, przynajmniej we współczesnych czasach. Z tym również się zgadzam – mnie ten rozdzialik zatytułowany „Jak wydostać się z niebezpiecznej dzielnicy” przypominał raczej dywagacje na temat świata „Łowcy Androidów” (R. Scott, 1982).

Krótkim słowem podsumowania. Chociaż wydawać by się mogło, że dużo na książkę narzekałem, to zarówno w mojej opinii, jak i w opinii ludzi bardziej „zajawionych” tematem, jest ona fajną, podręczną i w sumie pomocną pozycją. Warto ją zatem polecić zarówno bushcrafterom czy preppersom jak i zwykłym laikom – szarakom, którzy wolą być przygotowani na każdą okazję.

Wspomnieni recenzenci:

http://www.gotowynajutro.pl/sztuczki-survivalowe-recenzja-ksiazki/

http://domowy-survival.pl/2016/04/sztuczki-survivalowe-recenzja-ksiazki/

http://www.survivalmag.pl/survivial-maniac-recenzuje-sztuczki-survivalowe-rajchert-t-frankowski/

 

 

Reklamy

Informacje o librumlegens

librum.legens@gmail.com
Ten wpis został opublikowany w kategorii Nauka, Przewodniki. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s