Jose Ortega y Gasset: Bunt Mas

30.04.2017

Jose Ortega y Gasset: Bunt Mas

Replika, 2016

tłum. Piotr Niklewicz

To będzie wpis „spoilerowy”. Mam zamiar omówić całkiem sporo aspektów poruszonych w książce i to odnosząc się to konkretnych fragmentów. Moją analizę rozprawy filozoficznej Gasseta rozplanuję na kilka – kilkanaście punktów, komentując jedna za drugą zawarte tam tezy (czy passusy). Tytułem wstępu wspomnę jedynie, że recenzowana niżej książka została napisana w latach 20-30 XX wieku i wbrew temu co napisano na okładce, nie jest już tak bardzo aktualna, odnosi się bowiem do kształtu społeczeństwa swoich czasów. W ciągu tych niecałych 90 lat, które minęły od jej napisania nastąpiły na świecie wielkie zmiany; upadły chociażby wielkie totalitaryzmy, które za czasów powstawania książki, dopiero się rozwijały. Również trwająca wiele lat wojna zmieniła oblicze Europy i  świata w ogóle. Po trzecie powstała Unia Europejska, której pojawienie się autor niejako przewidział, namaszczając taką strukturę na jedyną siłę zdolną w jakiś sposób skonsolidować masę upadłościową świata. Ale o tym będzie więcej w kolejnych akapitach. Tu, na początku wykładu, wspomnę jeszcze, że chociaż dosyć często byłem w stanie zgodzić się z autorem – przyznać mu rację pozytywnie się zaskakując, czy przyklasnąć pewnym konceptom, zdarzało mi się również pokręcić głową z powątpiewaniem, przede wszystkim w momentach gdy autor starał się dopasować Historię jako taką do swoich koncepcji. Dokładniej rzecz ujmując – w momentach kiedy od analizy społecznej przechodził do historiozofii. „Bunt Mas” podzielony jest na dwie części – pierwsza, obszerniejsza odnosi się do analizy przemian społecznych z okresu wieków XIX i XX, druga zatytułowana „Kto rządzi światem?” nie koniecznie odpowiada na to tytułowe pytanie, a w dużym stopniu zajmuje się właśnie geopolityką w ujęciu historiozoficznym. A zatem zaczynajmy.

Czym są masy?

Już w pierwszym rozdziale Gasset wyjaśnia, że ówczesne społeczeństwo (początku XX wieku) stanęło w obliczu buntu mas. Masy te znajdują się zasadniczo w obrębie tak zwanych aglomeracji, które to są zwyczajnie miejscami pełnymi ludzi. Jednak to co mogłoby wydawać się dość płaską konstatacją, w szerszym ujęciu hiszpańskiego teoretyka przybiera kształty pandemonium. Dzisiejszy człowiek powiedziałby, że dla Gasseta masy to przede wszystkim Stan Umysłu. Jakkolwiek bezsensownie czy komicznie to brzmi, to jednak w korelacji z naszą wiedzą na temat dalszych wydarzeń historycznych, zdajemy sobie zaraz sprawę, że tak – był (i jest nadal!) to „stan” zbiorowego umysłu; i tak – może on być wysoce niebezpieczny zwłaszcza gdy zostanie niewłaściwie ukierunkowany. Masy w bezruchu natomiast są wysoce demoralizujące. Skąd Gasset wywodzi całą tę organizację mas? Otóż ze skupienia się niegdyś rozproszonych po świecie ludzi, ze zwiększenia ich żywotności, przyrostu potrzeb i ambicji. Tak można ująć genezę mas w skrócie. Wymienia się też trzy czynniki sprzyjające: badania naukowe, industrializację i liberalną demokrację Następnie pisze, że masy w społeczeństwie nie mogą istnieć bez opozycji do pewnych mniejszości, dzięki to którym, czy „w obrębie” których ich cechy są niejako nakreślone i zdefiniowane. A przewodnią cechą masy ludzkiej jest jej nijakość, alias przeciętność. Nie definiuje się ona bowiem poprzez żaden stan, klasę czy inny kwantyfikator, oprócz, powiedzmy, ilości. Tłum taki, w przeciwieństwie do mniejszości, nie jest podzielny na odrębne jednostki, które dopiero pod względem idei połączyły się z innymi jednostkami tworząc jakąś grupę. Mniejszości eo ipso powstają wręcz w opozycji do masy. Tłum ludzi, zbiorowisko tych, którzy uznają siebie za równych i podobnych sobie, nie musi być postrzegany jako coś negatywnego (i zdecydowanie takie mniemanie samo o sobie posiada). Z drugiej strony, chociaż nie musi się to spełniać kategorycznie, to jednak wyraźnie widać, że ludzie właśnie z tych grup, uznających się za równych sobie, nie wykazują potrzeby zmieniania się, czy rozwijania. Gasset nawiązując do buddyzmu mówi o nich: podążający drogą „Małego wozu”, Hinayany, czyli minimalnych wymagań (w przeciwieństwie do Mahayany). Nie ma tu znaczenia, jak już wspomniałem, struktura grup społecznych. Nie ważne czy myślimy o arystokracji, czy o robotnikach – wszędzie mogą się znaleźć mniejszości; wszędzie są masy. Największym niebezpieczeństwem dla Gasseta, który całkiem dobrze antycypował rozwój wypadków na historycznej mapie dziejów, miałby być trend do wykraczania mas po za okupowane dotychczas przez siebie stanowisko. Wyrażać by się to miało nie tylko sięganiem po niedostępne dlań wcześniej przyjemności, ale również poprzez ” prawo nadawania mocy prawnej i narzucania innym swoich, zrodzonych w kawiarniach, racji„. Zjawisko to Gasset nazywa hiperdemokracją. Masa ludzka może wręcz domagać się zrównania innych ze swoim przeciętnym poziomem, a to jest już szczególnie niebezpieczne i jestem wciąż w stanie dostrzec przejawy podobnych działań w dzisiejszych czasach (np. na podstawowym szczeblu – w szkołach).

Doniosłość buntu

Autor zauważa zarówno dobre jak i złe strony emancypacji mas. Bowiem taka emancypacja to podniesienie się poziomu życia ludzi stanowiących składową mas, z drugiej strony może ona przyczynić się do ich (samo)zagłady. Jak sam opisuje w poetyckich słowach „moralny bunt mas (…) jest olbrzymi i potężny, rozparty w naszych czasach jak mityczny gigant, kosmiczny znak zapytania, o dwuznacznym jak zawsze kształcie, mającym w sobie coś z szubienicy i gilotyny, ale także coś, co być może przypominać ma łuk triumfalny(…)„. Sam jestem ciekaw czy Gasset postrzegałby dzisiejsze czasy jako triumf owego buntu? Triumf po zagładzie? Czy uznałby, że bunt już się w pełni dokonał i obecnie znajdujemy się w fazie akceptacji rzeczywistości post-apokaliptycznej, ponowoczesnej? W końcu określił bunt mas jako aspirowanie i ostateczne sięgnięcie ogółu ludzkości po przywileje pewnych mniejszości. I to wcale nie bez poparcia niektórych reprezentantów owych mniejszości. Zdiagnozował również „kaca” porewolucyjnego, kiedy to masy zachłyśnięte zdobyczami przestają je traktować jako coś wyjątkowego, a ci którzy dotychczas im sprzyjali zaczynają oburzać się obecnością biedaka przystrojonego w królewskie szaty na salonach. Czy takie myślenie wciąż nam towarzyszy? Czy jest już nam obce w czasach, gdy wszyscy mają jednaki dostęp do dóbr i technologii; jednakie możliwości awansu społeczno-finansowego i komunikacji ze światem? Uważam, że to zależy od układów społecznych i przekształceń w konkretnych rejonach geograficznych, ale też, że nawet w miejscach już w pełni kulturalnie rozwiniętych wciąż występuje podział na aspirujących i wybranych. Tymi wybranymi mogą być całe narody. Niegdyś lokalne masy bywają obecnie mniejszościami w skali globalnej. Na przykład bogate społeczeństwa państw Skandynawskich, które z mieszaniną sprzecznych emocji spoglądają na aspirujące masy państw trzeciego świata. Jest to element dziejowego procesu, nieodwracalnego biegu, który początek swój ma w ciągłym podnoszeniu się poziomu dziejowego. Tyle, że jesteśmy obecnie na innym poziomie tego wzrostu, niż został opisany w książce. Europa wygląda inaczej i ogólne stosunki w Ameryce, które Gasset często kontrastował ze Starym Kontynentem, również uległy pewnym przewartościowaniom. W ten sposób można powiedzieć, że w ogólnych założeniach jego dzieło wciąż jest aktualne, i wciąż aktualne są stwierdzenia takie jak: „Żyjemy w okresie zrównywania poziomów: zrównują się majątki, zacierają się różnice poziomu kulturalnego różnych mas społecznych, zrównują się płcie”. Są to bowiem procesy długofalowe i jak już wspomniałem, nieodwracalne. Mają one dużo wspólnego z tytułowym buntem mas, który też jest procesem (i impulsem) wciąż mającym miejsce na gruncie całego świata. Jednak na poziomie szczegółowych obserwacji, książka Gasseta pozostaje jedynie uchwyceniem chwilowego stanu rzeczy i ma wymiar zdecydowanie historyczny.

Historiozofia

Gasset z lubością wędruje po epokach. Kontrastuje ze sobą poziomy i poglądy, chwyta stan (stan świadomości) i przybija go jak motyla w szklanej gablocie, a następnie porównuje gatunkowe odstępstwa. Szuka znamion ewolucji, to znów zastanawia się nad cyklicznością wydarzeń. Pyta: czym są „nasze czasy” i jak się mają do „tamtych czasów”? Trafnie zauważa, że ludzie zawsze mieli skłonność do odbrązawiania, a nawet gloryfikowania czasów minionych, co więcej, zawsze gdzieś w mrokach dziejów umiejscawiali złotą epokę, czasy Atlantydy i gigantów. Człowiek niegdyś był w raju, był nieśmiertelny, nie podatny na choroby, czysty i prosty, obecnie zaś skarlał i zgłupiał. Takie stwierdzenia czy teorie padały nawet wbrew ciągłemu postępowi techniki i wbrew ogólnemu wzrostowi. Z drugiej strony autor zauważa okresy w dziejach, w których ludzie dochodzili do wniosku, że osiągnięto pewną pełnię, nastał czas samozadowolenia. Fazy te jednocześnie przenikał pewien dekadencki smutek, oznaczający coś w rodzaju skazania się na brak perspektyw, brak dążności w konkretnym kierunku. Dryfowanie na pełnych żaglach. Jeżeli już miałbym się przychylać do tych koncepcji hiszpańskiego filozofa to zaliczyłbym współczesne nam czasy do tego drugiego nurtu. Nie oglądamy się na wieki minione, jesteśmy syci. Z drugiej strony, każdą epokę przenikają jednocześnie nostalgia i parcie ku nowości. Każda epoka ma swoje korzenie w poprzedniej. Pozytywizm wychodzi z romantyzmu, z odrzucania błędów swoich przodków i przyswajania, przetwarzania i rozwijania ich osiągnięć. Każde czasy, o ile nie są zastąpieniem jednej kultury, przez drugą cofniętą w rozwoju, są jakimś progresem. W każdych jest uczucie nostalgii (którą być może można rozpatrywać jako jakąś aktywność mózgu*). Tak jest nawet z drugą wojną światową, którą można postrzegać pod wieloma kątami, również jako element stymulujący, katapultę ku nowoczesności; albo na gruncie elementarnych relacji międzyludzkich jako świat prostych kontrastów i szczerych uczuć. Zasadniczo nie przykładałbym dużej miary do takich koncepcji dziejowych i tasowania „czasami” ponieważ uważam, że wszystko jest płynne, zmienne i wielowarstwowe, a wypowiedzi filozofów z danych epok są tylko jednym z głosów przynależnych owym epokom. A i one, te głosy, często bywają dychotomiczne czy zgoła antagonistyczne we własnym łonie. W pewnym stopniu zgadzam się z Gassetem, który twierdzi, że „rzeczywistość historyczna to przede wszystkim czysta chęć życia, podobna do siły kosmicznej„. A zatem żywotność, zmienność, proces, progres. Gasset idzie jeszcze dalej. Uważa on, że czasy jemu obecne, czasy dobrobytu, są tak pełne, że wszystkie poprzednie, ludziom z jego epoki, zdały by się zbyt ciasne i ograniczone, a co za tym idzie są/były dla nich niczego nie warte. To jednocześnie prowadzi do barbaryzacji współczesności, pychy i lęku o przyszłość, która dopiero się staje i jest tym razem pozbawiona historycznego gruntu. W nawiązaniu do powyższych obaw dotyczących brutalizacji rzeczywistości Gasset wymienia jednym tchem faszyzm i komunizm, które wypierają się, nawet nie tylko przeszłości (czyli są antyhistoryczne), co również zastanej rzeczywistości, przez co stają się anachroniczne i ostatecznie powielają błędy wykluczonej przeszłości.

Globalizacja

Gasset obserwuje początki tego zjawiska, którego pełnymi świadkami są współcześni obywatele XXI-wiecznego świata. Ze zdziwieniem opisuje jak to biegun północny znalazł się w Sewilli, której obywatele mogli na bieżąco dowiadywać się o tym, co się dzieje podczas arktycznej ekspedycji. Coś, co obecnie jest zjawiskiem powszechnym, kiedy jednocześnie możemy znaleźć się w milionach miejsc na ziemi, i tysiącach w kosmosie, za czasów autora „Buntu Mas” dopiero wzrastało. Wzrastała przestrzeń znanego świata, świadomość historyczna, możliwości człowieka… Życie mówi Gasset to obieranie możliwości, a świat „jest zbiorem stojących przed nami możliwości życiowych”. Dokąd jednakowoż taki „World of chances” zdąża? Otóż według Hiszpana …donikąd: „współczesny świat mimo tego iż dysponuje większą ilością środków, większą wiedzą, większymi niż kiedykolwiek przedtem możliwościami technicznymi, posuwa się naprzód w sposób najbardziej prymitywny, po prostu bezwolnie dryfuje(…)„. Gasset uznał, że steru świata nie są w stanie utrzymać ani socjaliści, ani liberałowie, ani żadne intelektualne mniejszości, że wypuścili go na własne życzenie. Co do tego twierdzenia mam pewne wątpliwości, otóż, o czym autor jeszcze wspomni, moim zdaniem świat jego czasów płynął w kierunku ideologizacji. Cała gospodarka, nauka i myśl polityczna wpłynęła na te niebezpieczne rafy. A podnoszony w dyskursie bunt mas był jako ster, wiatr i fala, konceptem przecież jak najbardziej celnym – utrzymywał łajbę świata właśnie na takim kolizyjnym kursie. Do tematu globalizacji i kierunków możliwego rozwoju autor powróci również w drugiej części swego wykładu, gdy zada pytanie o to „Kto rządzi światem?”. I kto rządził dotychczas? Wysnuje wtedy rewolucyjny jak na swoje czasy i zgoła uniwersalny koncept unii państw europejskich, zrzucenia mrzonek ideologii i narodowości, oraz wskaże potrzebę nadania uniwersalnego i witalnego biegu historii świata.
Państwo doby Gasseta jawi się jako ostrze opresji skierowane przeciwko własnemu obywatelowi dłońmi współobywateli. Jest ostoją woli mas, jednym z dóbr zastanych, które ma w pełni regulować życie społeczne. „W ostatecznym rozrachunku (…) jest tylko machiną, której istnienie i utrzymanie uzależnione jest od otaczających ją żywych osobników. Kiedy zatem wyssie ze społeczeństwa ostatnią kroplę krwi, zniszczy zarazem samo siebie; pozostanie po nim martwy szkielet, zmarły śmiercią maszyn, jeszcze bardziej trupią niż śmierć organizmów żywych” i dalej „Trup staje się właścicielem i mieszkańcem domu„. Państwo przestaje być dla ludzi, a ludzie stają się pożywieniem dla państwa, pokarmem Molocha. Bawiąc się w cykliczność narracji historycznej autor nawiązuje tu również do upadku Rzymu (zauważa, trochę z innej beczki, wynarodowienie kraju, ale nie rozwija tematu) i rzuca szybkie mosty w kierunku współczesnych mu dewiacji państwopodobnych, jak na przykład Włochy Mussoliniego. Rozrost państwa, to rozrost jego aparatu, a rozrost aparatu to wzrost niezadowolenia i opresji. Koło się domyka. Co zatem stanowi ratunek lub odtrutkę dla społeczeństw, które znalazły się w takim położeniu? Jakie myślenie je doprowadziło do tego punktu?
Opinia publiczna generuje władzę i ją sankcjonuje, a rządzenie oznacza istnienie pewnej opinii. Kryzys owej w Europie wyzwala pustkę, która może być zagospodarowana przez obce młode siły (Rosja, Stany Zjednoczone), lub prowadzić do „dobroczynnego w skutkach kryzysu, który pozwoli Europie być Europą” i do stworzenia Stanów Zjednoczonych Europy. Warunkiem po temu jest zmierzch starych europejskich narodów i pluralizmu. Taki twór pozwoliłby również w mniemaniu Gasseta odzyskać Europie ster rządów nad światem. Współczesność zweryfikowała te idee i „in plus” i „in minus”, ale z tego chyba wszyscy zdajemy sobie sprawę. Na czasy obecne, na obecne problemy globalizacyjne potrzebni są nowi Gassetowie z nowymi ideami, które będą w stanie rozwinąć czy przedefiniować te przedwojenne.
Autor swoje koncepcje utworzenia Narodu Europejczyków oparł na wnioskowaniu dla mnie raczej wątpliwym. Uznał on bowiem, że spoiwem narodowotwórczym (a przypominam, że prorokował zmierzch starych narodów) jest wspólna dążność, prężność i wizja przyszłości. Taka koncepcja jest raczej mrzonką idealisty, patrzącego na świat nieco powierzchownie. Takie spoiwa jak język, terytorium czy więzy krwi są, według niego po części losowe, po części ograniczają ludzi poprzez swoją bezwzględność. Podobnie rzecz się ma z wspólną przeszłością, za którą według niego, żaden naród nie przelałby krwi. Jak ważne są w istocie te wszystkie wyżej wymienione i zlekceważone czynniki, mogłyby autora przekonać dzieje chociażby Polski. Niestety nasz kraj jest dla niego czarna plamą, a za przykłady bierze sobie narody składające się na współczesną Hiszpanię (o, gdyby tylko znał powojenna historię Basków czy Katalończyków!) czy dawną Burgundię. Nie przyjmuje też do wiadomości różnorodności wydarzeń w Europie i tego jak dla niektórych niezbywalne były powyższe wartości, których inni dla innych celów byli w stanie się ich wyrzec (tak jak kolonizatorzy normańscy dla zysków, czy Słowianie Połabscy dla świętego spokoju). Ostatecznie aktualnie świat współczesny przekracza pod względem globalizacji zdolności przewidywania Gasseta i już nie dzielimy wspólnoty kulturowej (i każdej innej) jedynie z mieszkańcami Europy, ale także z tymi, co bardziej cywilizowanymi narodami świata. Jednocześnie, różnice jakie są między nawet takimi Czechami, a Słowakami mają kategoryczne i cementujące znaczenie dla każdego pojedynczego Czecha czy Słowaka.

Celne stwierdzenia

Nie mogę ująć Gassetowi celności pewnych spostrzeżeń, które są i dziś bardzo aktualne, ale przede wszystkim stanowią celną diagnozę swoich czasów. Ot taka krytyka demokracji: „W wyborach powszechnych masy nie podejmują decyzji ich rola polega na przyłączeniu się decyzji podjętej przez  taką czy inną mniejszości. Te ostatnie przedstawiają swoje <programy>(…). Nakłania się w nich masy do zaakceptowania pewnego projektu decyzji„. Czyż i tak nie jest współcześnie? Jaki realny wpływ na „programy” ma społeczeństwo. Ono tylko popiera pewne szkice działań, które nawet nie muszą być realizowane. A potem – morda w kubeł. Taka prawda. I dalej: Władza nie dąży do rozwiązywania problemów, lecz „od nich ucieka, posługując się dla ich chwilowego zażegnania wszystkimi dostępnymi środkami, nie zważając nawet na to, że ich użycie może już w niedalekiej przyszłości zrodzić jeszcze poważniejsze konflikty„. W punkt! W punkt współcześnie i ówcześnie. W tamtych czasach takie krótkowzroczność i tchórzostwo autor przypisywał co prawda krajom, w których masy osiągały coraz większy wpływ na władzę, ale jak dla mnie jest to idealna diagnoza stanu umysłu społeczeństw i przywódców w większej części XX stulecia. Poniekąd, na gruncie jednostkowym, do powyższego nawiązuje też stwierdzenie o tym, że współczesny człowiek (masowy) jest rozpuszczony, nie zauważa struktur nadrzędności, nie wie nawet gdzie kończy on, a zaczyna inny, oddzielny byt ludzki. Brakuje mu poczucia wdzięczności, i wszystko zastane traktuje tak, jakby to było mu naturalnie przyrodzone. Tym wnioskiem Gasset nawiązuje do teorii następstwa epok, o której wcześniej pisałem. Ogółem zachowuje się jak „rozpieszczone dziecko”. W dużej mierze to dotyka wielu osób i w dzisiejszym świecie; tych, którzy prezentują jedynie roszczeniową postawę dojąc niemiłosiernie swoje kraje; którzy wpisują się w krótkowzroczną politykę władz. Celną elipsą autor strzela raz po raz, tak jak i w chwili, gdy zbliżamy się do podsumowania powyższego wątku: „W zamieszkach spowodowanych brakiem żywności masy ludowe domagają się zazwyczaj chleba i często zdobywają go, niszcząc piekarnie„. A świat tymczasem bawi się w tragedię, bo nie wierzą aby w cywilizowanym świecie możliwa była prawdziwa tragedia. Kiedy rozpieszczony bachor spali im ostatnią piekarnię i odbierze ostatnią wolność, wtedy rozpocznie się larum, którego już jednak nikt nie usłyszy.
Kolejny cytat: „Głupiec jest nie niezniszczalny i nieprzenikniony„. Zawsze musi mieć swoje zdanie chociaż „nie zadaje sobie uprzednio trudu aby go przemyśleć„. Jego stupor jest wynikiem przekonania o własnej nieomylności. Nawet nie sądzę aby istniała potrzeba przedyskutowania powyższych stwierdzeń. Zdecydowanie, największym niebezpieczeństwem dla świata jest, gdy taki człowiek, wcale nie będący osobą pozbawioną inteligencji, chce wpływać na innych, zaszczepiać swoje idee, podburzać społeczeństwo. Z tego właśnie wzięło się największe zagrożenie dla świata w XX wieku; ze skrzyżowania mas z ideami. Z przekonania, że owe idee są sztandarem i płomieniem. Człowiek nie walczył już za granice, za władców, za pieniądze – stary system runął. Masy napędzone ideą szły naprzód nie bacząc na społeczne struktury, cierpienia innych ludzi i ich wolność. To w sumie miało początek już w okolicach wojen religijnych i trwa do dzisiaj. Bo czymże innym jest wojujący islam, neokolonializm,  czy wprowadzanie demokracji siłą w krajach trzeciego świata? Jest to może i banalna konstatacja, ukazuje ona jednak możliwości współczesnej recepcji dzieła Gasseta oraz swoistą stałą dziejową. Gasset zadawał sobie pytanie (i czytelnik też je sobie zadaje), czy masy doprowadzą świat do zagłady, czy będą tylko etapem przejściowym w kierunku jego reorganizacji. Wojna światowa, myślę, była i nie była zagładą dla naszego globu. Czy można jednak już powiedzieć, że władza mas była przejściowa? Czy ona wciąż istnieje w ujęciu globalnym (abstrahując od partykularyzmów geograficznych)?
W pewnym, kolejnym ciekawym fragmencie autor stwierdza bez ogródek, że człowiek masowy jest wytworem XIX wieku. Gładko przechodzi z tego punktu do krytyki przemian jakie nastąpiły w ówczesnej (XIX-sto wiecznej) metodologii naukowej, co poniekąd wraz z rozwojem techniki wpłynęło, jak już wiemy na wyodrębnienie się właśnie człowieka masowego. Zepsucie świata nauki, jego rozdrobnienie zadziałało na zasadzie „ryby psującej się od głowy” na całe społeczeństwo. Ale po kolei. Gasset stwierdza: „Współczesny człowiek nauki jest prototypem człowieka masowego„. Tezę tą opiera na dosyć czytelnej przesłance – tak jak człowiek masowy ma w poważaniu historię i wartości, tak człowiek nauki pogrążony w partykularyzmie swych badań, cechuje się brakiem poszanowania i zrozumienia ogółu nauk. „Naukowcy ograniczając się do coraz węższych zakresów pracy intelektualnej (…) tracą stopniowo kontakt z pozostałymi dziedzinami nauki„. To jest prawda i obecnie nawet mistrz specjalista w obszarze poezji wczesno- hellenistycznej nie doceni profesora literatury rzymskiej doby augustowskiej. Już nie mówiąc, że każdy z nich ma zaledwie mgliste pojęcie o literaturze bizantyjskiej. A samochód, prawa Newtona czy zasady gry w golfa będą dla nich pojęciami z innej planety. Oczywiście nieco przesadzam; staram się wykazać, że Gasset żył jeszcze w dobie operowania wielu tzw. ludzi renesansu. Kto nie wierzy niech przeczyta sobie żywoty profesorów UJ z początków XX wieku, albo niech się dowie o działalności takiego Stefana Banacha. Wracając do meritum – paradoksem jest to, że nauka wciąż się rozwija, gdy zanika koncept całości – „po to, by otrzymać wartościowe wyniki” – pisze Gasset – „nie potrzeba wcale znać ich sensu ani podstaw„. W ten sposób, każdy dłubie w swoim poletku jak pszczoła w plastrze miodu, czy jakbyśmy obecnie powiedzieli: jak leming w korporacji, i tworzy część czegoś uważając się za nie wiadomo kogo. Ostatecznie staje się, jak to określa Gasset, ignorantem. W obronie dzisiejszych „ignorantów”, powiem tylko, że współczesny rozrost nauki są w stanie ogarnąć już chyba tylko umysły cyfrowe. Człowiek już nigdy nie obejmie rozumem ogółu wiedzy, warto jednak, by nie hamowała go w próbach osiągnięcia maksimum, zgubna satysfakcja statusem quo. Warto by nie stał się jednym z wielu przeciętnych niewolników swojej specjalizacji, a zarazem i wykształconym barbarzyńcą.

PS Barbaryzacja nauki nie dotyka filozofii, której: „nie jest potrzebna ani opieka, ani uwaga ani sympatia mas„, bowiem sama utrzymuje „pogląd o swej zupełnej bezużyteczności„.Szczęśliwie jest ona niebieskim ptakiem naukowej rzeczywistości. Chociaż z drugiej strony Gasset utyskuje trochę na to, że filozofowie nie chcą być filozofami sensu stricto, a próbują być pedagogami, politykami i temu podobnymi. A „do tego, by filozofia panowała, wystarczy, by ją uprawiano„.

Niecelne stwierdzenia

Zdarza się, że Gasset zapędza się zbyt daleko w swoich krytycznych wizjach. Wieszczy chociażby wtórną barbaryzację świata, przy założeniu, że większość ludzi, nastawiona czysto konsumpcyjnie niejako „zawiśnie” na tych, którzy posiadają wiedzę produkcyjną. Gdy tych ostatnich zabraknie, świat się załamie, a „obfitość możliwości przekształci się w ich zanik.” Otóż tak się nie stało, bo wraz z wzrostem zapotrzebowania wzrosła podaż, Gasset nie przewidział chociażby ekspansji handlowo-politycznej Chin na swojej geopolitycznej układance. Ten i inne rozwijające kraje zarówno przejęły od świata zachodu know-how, oraz wzięły na swoje barki kwestie zapewnienia ludzkości stałego dopływu dóbr. A i w ponowoczesnej „Europie informacji” nie jest problemem stać się specjalistą, który będzie wiedział jak ocalić świat od przepowiadanej wyżej barbaryzacji. Ubytek wiedzy stał się obecnie praktycznie niemożliwy i nie to stanowi prawdziwe zagrożenie dla populacji naszego globu. Przynajmniej nie w takim kształcie jak rysował to Gasset. Obecnie prawdziwym zagrożeniem jest wojna totalna i/lub szaleństwo jednostek.
Do pewnego stopnia nie zgadzam się również z nihilistycznymi konceptami Gasseta kreślącymi życie jako walkę o przetrwanie, mówiącymi że spiritus movens owego to zagrożenie. To znaczy, być może obawa (przed głodem, śmiercią) była tym co kierowało poczynaniami części ludzi ponad sto lat temu, ale jest to wysoce generalizujące, i co najwyżej tylko w pewnym stopniu może dotyczyć mas. Zasadniczo gdyby ludzie się obawiali czy to na poziomie indywidualnym, czy publicznym, nie dochodziło by do rewolucji, niosących ze sobą realne niedogodności. Świat dąży do komfortu, uproszczenia i ujednolicenia. Jednocześnie dzieli się, polaryzuje i spiera. Taki odwieczny bój sięga wyżej niż dramat życia. Powyższy przykład w całości dyskursu może wydać się tak ważny jak kamień ciśnięty w ocean – mnie irytuje jednak bardziej jako element rzucanej przez autora klątwy generalizacji. Często bowiem zwraca on uwagę na jeden problem, stawia go na podeście szubienicy i oskarża w procesie przeciwko cywilizacji. Nie zajmuje się nim tak kompleksowo ja kwestią buntu mas, a zarazem nie zostawia miejsca na dyskusję. I tak oto w jego koncepcji (w pewnym fragmencie książki) Rzym upadł ze względu na niedorozwój technologii, która nie zaspokajała materialnych potrzeb zbyt dużej liczbie ludności. Gdybyż tak było to i współczesne Delhi utonęło by pod ciężarem głodu pariasów. Braki w technice dystrybucji dóbr w starożytności, były tylko jednym (celnie zaobserwowanym) z wielu czynników destabilizujących i w dalszej kolejności rujnujących dawne Imperium Romanum, które, co poniekąd zabawne w „Buncie…” jest rodzajem nożyc, które odzywają się gdy tylko autor uderza w stół grozy.
Gasset (po prawej) w ogóle ma problem z interpretowaniem ciągłości dziejów. Potrafił, na przykład, w innym momencie stwierdzić, że techniki (nie wiadomo jakie – może te dotyczące dystrybucji?) rozwinięte na przykład w Mezopotamii czy starożytnym Rzymie dochodząc do szczytu swoich możliwości, zatrzymywały się i wręcz popadły w regres. Tylko, że jak? Same z siebie? Czy degradacja, o ile następowała, nie miała wielu matek? A czy owe techniki, jedne z drugich, nie wynikały. Nie przenikały się prowadząc do tego czym jest obecny rozwój? Na przykład gdy mowa jest o rolnictwie. Czy nie miały one również pierwotnej podbudowy teoretycznej – nawet jeżeli za takową uznać by mity czy przekazy ustne? Twierdzi bowiem autor że wytwórca pradawnych toporów nie posiadał podstaw naukowych, a tworzył technikę. W mojej opinii technika rozwijała się łącznie z nauką, a te wytwarzane topory były pierwszymi eksperymentami, które dawały podstawy do tworzenia pierwszej nauki (wytwarzania toporów). Ewolucja doprowadziła topory do stali damasceńskiej, a tą do stopów tytanu, niklu czy innych materiałów tak istotnych dla współczesnego świata (również zbrojeniowego). I gdzie tu jest miejsce na Gassetowską inwolucję (regres)?

Ps. Nie wszystkie przewidywania Gasseta są celne. Na przykład to: „Rosja potrzebuje jeszcze całych wieków by móc pretendować do władzy nad światem„. Autor dobrze załapał, że Rosjanie tylko przyoblekli w piórka Marksizmu zastałą, zwyczajową tyranię. Nie zauważa jednak całego cynizmu i perfidii tej pozornej przemiany, która ostatecznie stała się faktycznym pogłębieniem terroru. Cynizm i perfidia również stoją za niektórymi poczynaniami Stanów Zjednoczonych, którym również autor odmawia prawa aspirowania do rządzenia światem. Zdeprecjonowanie tych dwóch państw, zmierzających już wtedy ku mocarstwowości, w obliczu przywódczego kryzysu Europy, zdaje się zgoła niefortunne, co wkrótce też ukaże historia. Podobnie rzecz się ma z wieszczeniem upadku narodów Europy, które współcześnie, w dobie natarczywej globalizacji, zdają się wręcz odwracać implementowane na siłę tendencje, przeciwstawiając się „Projektowi Europa”. Bo czy obywatel konkretnego kraju rzeczywiście czuje się w nim ciasno (mentalnie), czy utracił narodową dumę? Co więcej, i za czasów Gasseta to państwa narodowe święciły triumfy rozczłonkowując mapy geograficzne świata i hołubiąc lokalne nacjonalizmy…

PPS Po kilku dniach przemyśleń doszedłem do wniosku, że autor sam sobie zaprzeczył odrzucając wspólnotę przeszłości jako spoiwo narodu (a contrario do celów jakie ów naród łączą), a jednocześnie akcentując, że człowiek masowy jest między innymi wytworem negacji tradycji i przeszłości właśnie. Czytelnik też może dojść do takiego wniosku jeżeli będzie starał się kompilować nieco rozrzucone tezy Gasseta. Ostatecznie jednak uznałem, że pewne masy (nawet współcześnie) wręcz opierają się na kulcie przeszłości, jednocześnie odrzucając wartości, tradycje i przede wszystkim doświadczenia z owej przeszłości wynikające. Tak chyba należy rozumieć tę swoistą dwoistość myśli autora. Nie wpływa to na mój pogląd (zweryfikowany przez historię samą w sobie), że przeszłość jest jednym z najistotniejszych spoiw narodu. Popatrzmy na niemożność i sztuczność (i samą potrzebę) nadania Europie jakiejś wspólnej ponadpaństwowej przeszłości. Popatrzmy na narody o przeszłości zbrukanej, bądź rozmytej; jak gorączkowo szukają w starych dokumentach wzorców gotowych wstąpić na piedestały. Tak, źle rozwinięty kult przeszłości może ograniczać, może prowadzić do choroby, wypaczać, ale w opozycji do braku przeszłości stoją jedynie demoralizacja i fałsz.

Synteza

Gwoli podsumowania. Książka napisana jest prostym językiem, nie męczy czytelnika, natomiast skłania go do wielu przemyśleń, w ten wyjątkowy sposób, że musi on co jakiś czas przerywać lekturę i zagłębiać się w gmatwaninę własnych myśli. Prowadzi to do tego, że nie da jej się przeczytać szybko, mimo iż nie jest zbyt obszerną pozycją. Tak, jak już wielokrotnie wspomniałem podczas mojej analizy, jest ona dziełem mocno przylegającym do swoich czasów, ale niosącym ponadczasowe przesłanie również i w oderwaniu od nich. Największą wartość miała myśl Gasseta dla sobie współczesnych, ale zasadniczo mało który znany dyskurs polityczno-filozoficzno-społeczny przemógł presję upływu czasu. „Bunt mas” niesie również przesłanie na przyszłość i nawet więcej – kreśli pewne scenariusze, które dają nadzieję na przezwyciężenie kryzysów, związanych z przekształcaniem się obrazu świata. Sam dyskurs, który pozwala w jakiś sposób oswoić i zrozumieć te zmiany o globalnej doniosłości, nie był jednak wystarczającym sygnałem do przeciwstawienia się dyktatowi tłumów opętanych różnorakimi mrzonkami… Nawet w ojczyźnie autora.
Do samej fizycznej reprezentacji konceptów Gasseta na polskim rynku wydawniczym nie mam żadnych zastrzeżeń. Tłumaczenie jest zrozumiałe i wynotowałem zaledwie kilka fragmentów, które wydały się niezrozumiałe. Nagłe przeskakiwanie z jednego tematu do tematu zupełnie z nim niezwiązanego wynika raczej z konstrukcji tekstu zaproponowanej przez samego autora. Nie sprawia to jednak większych problemów w recepcji, po za zwykłym uczuciem zaburzenia toku. Gasset często „wałkuje” te same koncepcje tak, iż nie będziemy mieli problemu z ich przyswojeniem. Wygląda to zazwyczaj tak: autor najpierw zaznacza jakieś zagadnienie, następnie wspomina  o nim przy okazji innych tematów, potem omawia je szczegółowo i wreszcie przypomina o nim kilkukrotnie na łamach kolejnych rozdziałów. Dla przykładu – w taki właśnie sposób omawia wpływ rozwoju techniki na zmiany w życiu światowych społeczeństw. Hiszpański teoretyk swoje myśli ze swadą przekłada na papier, nie brakuje mu poczucia humoru. Czasami szarżuje, zapędza się w zbyt grząskie rejony dywagacji (co wypomniałem mu w podpunkcie „Niecelne stwierdzenia”), często jednak jego śmiałe porównania trafiają w punkt. Nie szerzy niepotrzebnej grozy sytuacji i nie wyolbrzymia problemu, do końca pozostając rzetelnym i stałym w swoich poglądach (również na linii całej twórczości, czego dowodzą liczne odniesienia do wcześniejszych dzieł). Posiada również szeroką (wielokierunkową) wiedzę na tematy społeczne, oraz krytyczną znajomość literatury przedmiotu swoich czasów. Nie uważam, żeby „Bunt mas” był jakimś kamieniem milowym filozofów, natomiast świetnie się sprawdza jako pryzmat skupiający dotychczasową myśl społeczną. Pryzmat rzucający nowe światło na grząską materię rzeczywistości i implikujący grę nowych perspektyw. Książka jest warta polecenia zwłaszcza tym osobom, które lubią intelektualne wyzwania i potrafią krytycznie podejść do dzieł uznanych autorytetów.

 

*Mózg pozytywnie reaguje na wspomnienia, czy ubarwione wyobrażenia przeszłości? Wybielanie przeszłości. Można by to zbadać?

Reklamy

Informacje o librumlegens

librum.legens@gmail.com
Ten wpis został opublikowany w kategorii Nauka, Wiek XX. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s